Środowy wieczór, zimno, pada deszcz, miasto kompletnie zakorkowane. Mimo to wielu dzielnym kobietom udało się dotrzeć do kościoła przy ul. Siennej. Przyjechały na konferencję z udziałem Kitty Chappell poświęconą przebaczeniu.

Temat trudny, ale nie mam wątpliwości, że aktualny dla wszystkich. Kitty Chappell opowiedziała nam historię swojego tragicznego dzieciństwa. Było ono pełne przemocy, upokorzenia i nienawiści (więcej szczegółów na ten temat można znaleźć w jej książce Mogę przebaczyć jeśli tylko chcę, Wydawnictwo Vacatio – do kupienia w zborowej księgarni).

Historia ta ma jednak szczęśliwe zakończenie. Kitty przeżyła nawrócenie i w jego wyniku znalazła chęć i siłę, by przebaczyć swojemu oprawcy. W ten sposób udało jej się przerwać łańcuch przemocy we własnej rodzinie. Dziś jeździ po całym świecie, by opowiedzieć ludziom tę historię. Prawdopodobnie większość z nas nie doświadczyła nawet części cierpienia, jakie zadano tej kobiecie. A jednak i w naszym życiu na pewno nie brakowało sytuacji, gdy zostaliśmy – lub przynajmniej poczuliśmy się – skrzywdzeni. W każdym z takich momentów mogliśmy zdecydować: czy nasze życie ma polegać na kolekcjonowaniu urazów i krzywd, czy też ma znaleźć rozwiązanie w przebaczeniu.

Co się dzieje, jeśli nie przebaczamy? Kitty Chappell uważa, że wytwarza się w nas mentalność ofiary. Obwiniamy wszystkich wokół za własne niepowodzenia i złe decyzje. Nie potrafimy dostrzec dobra, nawet gdy puka do naszych drzwi. Nie umiemy cieszyć się tym, co normalnie powinno przynosić nam radość. Nasz duch, zamiast się rozwijać, karłowacieje.

Brak przebaczenia nie musi wcale dotyczyć tylko rzeczy wielkich. Często zbieramy w sobie małe urazy: że ktoś nie zadzwonił, nie zapytał o zdrowie, nie zainteresował się nami, nie zaprosił, nie pomógł, powiedział coś przykrego. Żyjemy niestety w upadłym świecie, gdzie grzech kładzie się cieniem na naszych relacjach, choćbyśmy nie wiem jak się starali. Nierzadko ci, na których się gniewamy nawet nie są świadomi, że wyrządzili nam krzywdę. Nie szkodzi – pomału, krok po kroku, zalewa nas gorycz. Najpierw serce, potem umysł, wreszcie oczy – i nagle okazuje się, że nie potrafimy już normalnie patrzeć na innych ludzi, na świat, na kościół. Wszystko odbija się w krzywym zwierciadle naszego zgorzknienia. Jesteśmy coraz bardziej zmęczeni i nieszczęśliwi. Będąc zranionymi, ranimy innych – taki odruch. Siłą rzeczy zaczynamy zazwyczaj od najbliższych.
Alternatywą dla takiej drogi jest przebaczenie – i tych wielkich przewinień, i tych zwyczajnych, małych. Tylko w ten sposób możemy uniknąć niewoli żalu i nienawiści. To w istocie decyzja o odstawieniu trucizny o nazwie „gorycz”. Do takiego przebaczenia wzywa nas Pan Jezus, gdy odpowiadając Piotrowi mówi, że należy przebaczać nie siedem razy, ale siedem razy siedemdziesiąt siedem i to każdego dnia (co należy rozumieć jako zawsze). Dlaczego? Bo kiedy przebaczamy, stajemy się wolni, powraca radość i wewnętrzny pokój.

Przebaczenie nie oznacza, że krzywda się nie wydarzyła. Nie jest próbą nazwania zła czymś dobrym. Nie zaciera śladów i nie znosi odpowiedzialności. Zło jest złem, a krzywda jest krzywdą. Spotkanie z Kitty uświadomiło mi jednak, że tak naprawdę skrzywdzić możemy się tylko sami – gdy nie przebaczymy. Dlatego, zamiast pogrążać się w bólu i rozżaleniu, prośmy Boga o chęć i siłę do wybaczenia, a na pewno da nam w tym przypadku „i chcenie, i wykonanie”. Przebaczenie to ratunek dla nas i naszych najbliższych. Przebaczenie to pójście w ślady Chrystusa.